muzykai100innychnalogowblog



Jura trip

strona główna

19:19:50 2008-08-11

Jura trip



Wymyśliliśmy z Knypem, że w ramach aktywnego wypoczynku połazimy z plecakami po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda i tak dalej. Oglądając mapę doszliśmy do wniosku, że zrobienie 90 km w kilka dni, to dla nas żaden problem i z Myszkowa do Krakowa dojdziemy. Dotąd nie wiem, co nam strzeliło do głowy, żeby w ogóle uznać to za realne. W efekcie w 5 dni zrobiliśmy 50 km z plecakami i jakieś 15 bez obciążenia. Trasę naszą znaczyły krew, pot i łzy. I smarki (głównie moje).



Dzień 1
15km + błądzenie po lesie. Dwukrotnie uratowane życie. Masakra.

O 13:00 wylądowaliśmy w Myszkowie. Według założeń mieliśmy dojść do Podlesic. Po pierwszych kilku kilometrach, które musieliśmy przebyć asfaltową drogą w pełnym słońcu, żeby w ogóle znaleźć się na szlaku, czułam już, że chyba przesadziliśmy. Kiedy błądziliśmy po lesie, próbując odnazeźć ginący wiecznie szlak-widmo, byłam tego pewna. Człapiąc kamienistą ścieżką w ciągle silnych promieniach słońca w stronę Góry Włodowskiej poczułam, że nie tylko moje stopy (po paru godzinach wyrosły już całkiem spore odciski), ale i cały organizm od pewnego czasu pozbawiony stałych dostaw płynu (woda skończyła się jakąś godzinę przed tym, jak w końcu wyszliśmy z lasu) odmawia mi posłuszeństwa. Życie uratowała nam właścicielka pierwszego napotkanego domostwa, które znajowało się jeszcze w solidnej odległości od wsi. Nie miała co prawda wody, o którą prosiliśmy, ale za to dała nam dwulitrowy karton soku. Myślałam, że wycałuję jej stopy. Sok był parszywy, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Po wypiciu większości byłam w stanie jakoś dowlec się do najbliżej miejscowości. Nota bene okazało się, że z powodu późnej pory nie moglibyśmy nawet skorzystać już ze sklepu, w związku z czym Pani od soku urosła w moich oczach do rangi anioła. Po krótkiej rozmowie z dwiema dość frywolnie ubranymi autochtonkami okazało się, że:
a) dochodzi 19:00,
b) najbliże pole namiotowe jest w Rzędkowicach, do których co prawda szlakiem będzie bliżej, ale przez las, a ponieważ jego oznaczenie jak dotąd pozostawiało wiele do życzenia, lepiej nie ryzykować,
c) w związku z powyższym zostaje nam szosa i kolejne kilka kilometrów piechotą.
Po ujściu kilkuset metrów załamałam się. Nie mieliśmy wody, moje odciski napęczniały do ekstremalnych rozmiarów, a mięśnie i ścięgna powoli, ale systematycznie przestawały wykazywać chęć współpracy. Posiedziałam chwilę, popłakałam i ruszyliśmy próbując złapać stopa, wśród z rzadka przejeżdżających aut. Wtedy napotkaliśmy drugiego zbawcę, tym razem o wyglądzie i usposobieniu ochroniarza z prowincjonalnej dyskoteki, który co prawda nie jechał do Rzędkowic, ale się zlitował i odstawił na samo pole namiotowe. Z każdym pokonywanym dzięki sile koni mechanicznych bezboleśnie odcinkiem dochodziliśmy do wniosku, że chyba byśmy się zesrali a nie doszli piechotą. Padliśmy o o 21:30 po przyswojeniu 2 piw.

Dzień 2
5 km + spory spacer bez plecaków.

Kluczowym okazał się zakup: 3 litrów wody mineralnej na drogę oraz "przylepca uniwersalnego tkaninowego", czyli po ludzku mówiąc plastra. Z braku jałowej gazy wszelkie uszkodzenia opatrywaliśmy przy użyciu papieru toaletowego, co jednak okazało się nader skuteczne. Po doświadczeniach dnia poprzedniego uznaliśmy, że powoli doczłapiemy się do Podlesic i tam zainstalujemy. Decyzja była o tyle słuszna, że już po tych 5 kilometrach moje stopy wyraźnie dawały o sobie znać. Po południu zrobiliśmy spacer na położoną niedaleko Górę Zborów, narobiliśmy masę zdjęć i wróciliśmy. Wieczorem dokonałam operacji na odciskach przy użyciu sosnowej igły. Knyp dostał chyba lekkiego udaru słonecznego, w związku z czym nie odpowiadał na moje wieczorne zaloty, czego nie omieszkałam skwitować fochem. Bo ta pipa nigdy nie powie, że się źle czuje tylko rżnie twardziela, a ja się potem zastanawiam, czy on jeszcze w ogóle ma ochotę się ze mną bzykać. Ech...

Dzień 3
17 km + obsceniczne zachowania w ruinach.

Wreszcie wskoczyliśmy na słynny Szlak Orlich Gniazd. Rzeczywiście jest malowniczy, przynajmniej na tym odcinku, który widzieliśmy. Naszym założeniem było dojść do Żerkowic, ale widać udało nam się już rozbujać i dotarliśmy do Podzamcza koło Ogrodzieńca. Co prawda przez ostatnie kilometry klęłam na czym świat stoi. Nie wiem kto i po jaką cholerę wpadł na pomysł, żeby leśne trakty wysypywać piachem. Bo na stan naturalny to to nie wyglądało. Do tego tym razem to mnie dotknęło nadmierne nasłonecznienie, bo kiedy już z butami pełnymi piachu doczłapaliśmy się do pola namiotowego padłam w cieniu i przeleżałam tak 2 godziny nie mając siły nawet dojść do kibla (co nie oznacza, że narobiłam pod siebie!). W końcu wieczorem Knypowi udało się mnie wyciągnąć na zwiedzanie zamku. Być może po części z chęci zrehabilitowania się za dzień poprzedni zebrało mu się na macanki w miejscach publicznych. Na szczęście na moje libido złe samopoczucie fizyczne rzadko wpływa. Niestety żaden z zakątków w ruinach nie był na tyle ustronny, żeby uniknąć możliwości bycia oglądanym przez innych turystów, więc wróciliśmy do namiotu. Trzeba jednak przyznać, że przy mikroskopijnych rozmiarach naszego przenośnego mieszkanka również tam seks okazał się być wyczynem. Tym razem jednak nie daliśmy za wygraną:)

Dzień 4
0 km + kręcenie się po Ogrodzieńcu i wieczorny pacer.

Knyp najwyraźniej przy mnie mądrzeje. Dowodem na to jest fakt, że zaczęły mu się wyżynać ósemki. Niestety łatwo w takich okolicznościach o stan zapalny, który również jemu przydarzył się w czasie tego wyjazdu. W związku z powyższym czwartego dnia postanowiliśmy zostać na miejscu i poszukać lekarza. Właściwie to zostaliśmy, bo ja nie czułam się na siłach dygać kilkunastu kilometrów, a i tak potrzebna była nam apteka. Tak czy inaczej wylądowaliśmy w przychodni. Tam przy okazji rejestracji napotkaliśmy Panie, które wyraźnie miały problemy zarówno z obsługą komputera jak i geografią ("Łódź? A jakie województwo? Lubuskie? Wiesia, gdzie ja to mam tu wpisać?"). Po tym jak wiekowy pan doktor uznał, że to sprawa dla dentysty wyruszyliśmy na poszukiwania gabinetu, który byłby czynny wcześniej niż od 14:00. Niestety pokręciliśmy tylko jak przysłowiowe gówno w przeręblu i wróciliśmy do przychodni. Pani stomatolog oczywiście nie przepisała antybiotyku, jak zrobił to natychmiast przyzwoity dentysta w Łodzi. W zamian za to zaleciła zakup Dentoseptu, który i tak już wcześniej nabyliśmy. W efekcie do powrotu Knyp wyżarł cały Ketonal, który ze sobą wzięłam na wypadek okresu. Tak oto zmarnowaliśmy kilka ładnych godzin, jednak parafrazując piosenkę zespołu Koli - czy wkurwiło nas to? Nie, w ogóle nas to nie wkurwiło. Wieczorny dwugodzinny spacer czerwonym szlakiem zrekompensował nudne przedpołudnie.

Dzień 5
15 km + poszukiwania nieistniejącego pola namiotowego.

Ktoś powinien kopnąć porządnie w dupę autora oznaczeń na mapie, którą się posługiwaliśmy (sygnowanej przez Wyborczą). Wyruszyliśmy z zamiarem zatrzymania się w Złożeńcu lub Smoleniu i ruszeniu stopem lub PKSem do Krakowa następnego dnia. Kiedy dotarliśmy do pierwszej miejscowości, po długim marszu pod górę szosą dowiedzieliśmy w sklepie, że mieszkańcy nigdy nie słyszeli, żeby w okolicy miało być jakieś pole namiotowe, a tym bardziej schronisko. Mocno zaniepokojeni bujną fantazją kartografa i nadciągającą burzą ruszyliśmy dalej. Pomimo zmęczenia coraz głośniejsze odgłosy grzmotów sprawiły, że przyjęliśmy naprawdę solidne tempo. Niestety pole biwakowe w Smoleniu okazało się kilkoma drewnianymi stolikami z daszkami. Ponieważ była sobota, o PKSie dokądkolwiek mogliśmy jedynie pomarzyć. Przy okazji rozpadało się mocno, więc chowając się na przystanku zaczęliśmy łapać stopa. Po pół godziny przechodzący mieszkaniec Smolenia skwitował nasze próby słowami: "pani, tu pani nikt nie stanie, tu same chuje jeżdżą" i się do nas przysiadł. Co prawda okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, jednak jeszcze dwóch jego kolegów zaczęłam mieć wątpliwości, czy widząc nas w tak licznym i (nie ukrywajmy) niezbyt trzeźwym towarzystwie ktokolwiek zaryzykuje i się zatrzyma. Na szczęście w końcu stanęła koło nas para, która również zwiedzała ruiny zamków. Nie podwieźli nas daleko, ale kolejną okazję złapaliśmy już zanim na dobre wyładowaliśmy się z ich samochodu. Potem zostaliśmy już odstawieni na przystanek, z którego co kilkanaście minut jeździły busy do Krakowa. Po solidnej i zasłużonej kolacji w moim ulubionym barze mlecznym na Grodzkiej udaliśmy się na nocleg, którego użyczyła nam niezwykle gościnna korespondencyjna przyjaciółka mojej stryjecznej siostry. O wspomnianej gościnności może świadczyć fakt, że w jednym pokoju spało nas łącznie 9 istot, z czego 4 pary: 2 lesbijki, 2 gejów i 2 pary hetero - my i koty.

Szóstego dnia zwiedziliśmy Muzem Narodowe, posiedzieliśmy na Plantach i wieczornym pociągiem grzecznie wróciliśmy do Łodzi. No, może nie do końca grzecznie...



a.

skomentuj (0)