"...W trawie piszczeć, w grzechu pluskać,
Porno-grafić i groch łuskać!
Używajmy póki czas,
Bo za 100 lat nie będzie nas..."

HYMN ROZPUSTNIKÓW - E.Stachura




Studnia...
Dorzuć monetę...




W cztery dłonie...
Tak albo Tak
.




Lista moich nałogów i drobnych obsesji:

Papierosy (chyba jedyny dosłownie i w przenośni)
Kawa (byle dobra)
Herbata (najlepiej w porcelanie)
Gorzałeczka + rozmowy po świt (ale spokojnie, esperal nie jest jeszcze potrzebny;))
Dobre jedzenie (nie będę się rozdrabniać, bo to temat - rzeka)
Uwodzenie (czasami to zgubne...)
Rozmowy (na tematy ważne i zupełnie banalne)
Śpiewanie (w pociągu, przeciągu, na drągu...)
Obsesyjne zestawianie kolorystycznie ubrań
Kreowanie swojego wizerunku przez wygląd zewnętrzny
Muzyka folkowa (jak nie słucham przez kilka dni - czuję głód)
Zakupy (najlepiej w Second-handach: element przypadku)
Głos Tori Amos
Plotki, ploteczki...
Grzebanie w sieci (co za marnotrawstwo czasu...:))
Szycie
Robótki ręczne
Generalnie manufaktura przedmiotów użytkowych
Stawianie na swoim
Żagle
Noce z gitarą przy ognisku
Wspólne muzykowanie, kiedy tylko nadarzy się okazja
Bycie w centrum uwagi, bycie rozpoznawalną
Poznawanie nowych ludzi
Mówienie o sobie i swoich poglądach (no bo po co komu blog...:))
Akceptacja i adoracja ze strony osób, uznawanych przeze mnie wartościowe
Metafizykaaa..........
Dudy!!! (szkockie, juliany, gaity... wszystko jedno)
A jak dudy to i dudziarze;)
Bębny maści wszelakiej (im bardziej etniczne, tym lepsze)
Skrzypce (chyba dlatego, że już nie mam szans nauczyć się na nich grać...)
Autostop (byle nie w pojedynkę)
Duża woda (kałuża to za mało)

i jeszcze 100 innych, z których istnienia nie do końca zdaję sobie teraz sprawę, a jeśli przypomną się jakieś ważne - nie omieszkam dopisać.





Mania oceniania:

relatywne-oceny
paulis-ocenia
najlepszy





"...Otworzyły się oczy niebieskie
widzisz siebie - marynarza w Azji
a zarazem 3-letniego 5-letniego chłopca
na warszawskim podwórku
i siebie przed maturą w gimnazjum
namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem
a wszystko to ty
nie możesz tego objąć szlifowanym w żelazie rozumem..."
PRZEMIANY (MOTOREK) -
Józef Czechowicz (na podst. Witkacego)






A wszystko to ja:

2008
sierpień
maj
marzec
luty
styczeń
2007
lipiec
czerwiec
marzec
2006
listopad
wrzesień
sierpień
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec







Ostatnio w kinie:







Trójca Wcale-Nie-Święta

(Jak nie znam się na poezji, tak oni są po prostu... bogami)






19:19:50 2008-08-11

Jura trip

Wymyśliliśmy z Knypem, że w ramach aktywnego wypoczynku połazimy z plecakami po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda i tak dalej. Oglądając mapę doszliśmy do wniosku, że zrobienie 90 km w kilka dni, to dla nas żaden problem i z Myszkowa do Krakowa dojdziemy. Dotąd nie wiem, co nam strzeliło do głowy, żeby w ogóle uznać to za realne. W efekcie w 5 dni zrobiliśmy 50 km z plecakami i jakieś 15 bez obciążenia. Trasę naszą znaczyły krew, pot i łzy. I smarki (głównie moje).



Dzień 1
15km + błądzenie po lesie. Dwukrotnie uratowane życie. Masakra.

O 13:00 wylądowaliśmy w Myszkowie. Według założeń mieliśmy dojść do Podlesic. Po pierwszych kilku kilometrach, które musieliśmy przebyć asfaltową drogą w pełnym słońcu, żeby w ogóle znaleźć się na szlaku, czułam już, że chyba przesadziliśmy. Kiedy błądziliśmy po lesie, próbując odnazeźć ginący wiecznie szlak-widmo, byłam tego pewna. Człapiąc kamienistą ścieżką w ciągle silnych promieniach słońca w stronę Góry Włodowskiej poczułam, że nie tylko moje stopy (po paru godzinach wyrosły już całkiem spore odciski), ale i cały organizm od pewnego czasu pozbawiony stałych dostaw płynu (woda skończyła się jakąś godzinę przed tym, jak w końcu wyszliśmy z lasu) odmawia mi posłuszeństwa. Życie uratowała nam właścicielka pierwszego napotkanego domostwa, które znajowało się jeszcze w solidnej odległości od wsi. Nie miała co prawda wody, o którą prosiliśmy, ale za to dała nam dwulitrowy karton soku. Myślałam, że wycałuję jej stopy. Sok był parszywy, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Po wypiciu większości byłam w stanie jakoś dowlec się do najbliżej miejscowości. Nota bene okazało się, że z powodu późnej pory nie moglibyśmy nawet skorzystać już ze sklepu, w związku z czym Pani od soku urosła w moich oczach do rangi anioła. Po krótkiej rozmowie z dwiema dość frywolnie ubranymi autochtonkami okazało się, że:
a) dochodzi 19:00,
b) najbliże pole namiotowe jest w Rzędkowicach, do których co prawda szlakiem będzie bliżej, ale przez las, a ponieważ jego oznaczenie jak dotąd pozostawiało wiele do życzenia, lepiej nie ryzykować,
c) w związku z powyższym zostaje nam szosa i kolejne kilka kilometrów piechotą.
Po ujściu kilkuset metrów załamałam się. Nie mieliśmy wody, moje odciski napęczniały do ekstremalnych rozmiarów, a mięśnie i ścięgna powoli, ale systematycznie przestawały wykazywać chęć współpracy. Posiedziałam chwilę, popłakałam i ruszyliśmy próbując złapać stopa, wśród z rzadka przejeżdżających aut. Wtedy napotkaliśmy drugiego zbawcę, tym razem o wyglądzie i usposobieniu ochroniarza z prowincjonalnej dyskoteki, który co prawda nie jechał do Rzędkowic, ale się zlitował i odstawił na samo pole namiotowe. Z każdym pokonywanym dzięki sile koni mechanicznych bezboleśnie odcinkiem dochodziliśmy do wniosku, że chyba byśmy się zesrali a nie doszli piechotą. Padliśmy o o 21:30 po przyswojeniu 2 piw.

Dzień 2
5 km + spory spacer bez plecaków.

Kluczowym okazał się zakup: 3 litrów wody mineralnej na drogę oraz "przylepca uniwersalnego tkaninowego", czyli po ludzku mówiąc plastra. Z braku jałowej gazy wszelkie uszkodzenia opatrywaliśmy przy użyciu papieru toaletowego, co jednak okazało się nader skuteczne. Po doświadczeniach dnia poprzedniego uznaliśmy, że powoli doczłapiemy się do Podlesic i tam zainstalujemy. Decyzja była o tyle słuszna, że już po tych 5 kilometrach moje stopy wyraźnie dawały o sobie znać. Po południu zrobiliśmy spacer na położoną niedaleko Górę Zborów, narobiliśmy masę zdjęć i wróciliśmy. Wieczorem dokonałam operacji na odciskach przy użyciu sosnowej igły. Knyp dostał chyba lekkiego udaru słonecznego, w związku z czym nie odpowiadał na moje wieczorne zaloty, czego nie omieszkałam skwitować fochem. Bo ta pipa nigdy nie powie, że się źle czuje tylko rżnie twardziela, a ja się potem zastanawiam, czy on jeszcze w ogóle ma ochotę się ze mną bzykać. Ech...

Dzień 3
17 km + obsceniczne zachowania w ruinach.

Wreszcie wskoczyliśmy na słynny Szlak Orlich Gniazd. Rzeczywiście jest malowniczy, przynajmniej na tym odcinku, który widzieliśmy. Naszym założeniem było dojść do Żerkowic, ale widać udało nam się już rozbujać i dotarliśmy do Podzamcza koło Ogrodzieńca. Co prawda przez ostatnie kilometry klęłam na czym świat stoi. Nie wiem kto i po jaką cholerę wpadł na pomysł, żeby leśne trakty wysypywać piachem. Bo na stan naturalny to to nie wyglądało. Do tego tym razem to mnie dotknęło nadmierne nasłonecznienie, bo kiedy już z butami pełnymi piachu doczłapaliśmy się do pola namiotowego padłam w cieniu i przeleżałam tak 2 godziny nie mając siły nawet dojść do kibla (co nie oznacza, że narobiłam pod siebie!). W końcu wieczorem Knypowi udało się mnie wyciągnąć na zwiedzanie zamku. Być może po części z chęci zrehabilitowania się za dzień poprzedni zebrało mu się na macanki w miejscach publicznych. Na szczęście na moje libido złe samopoczucie fizyczne rzadko wpływa. Niestety żaden z zakątków w ruinach nie był na tyle ustronny, żeby uniknąć możliwości bycia oglądanym przez innych turystów, więc wróciliśmy do namiotu. Trzeba jednak przyznać, że przy mikroskopijnych rozmiarach naszego przenośnego mieszkanka również tam seks okazał się być wyczynem. Tym razem jednak nie daliśmy za wygraną:)

Dzień 4
0 km + kręcenie się po Ogrodzieńcu i wieczorny pacer.

Knyp najwyraźniej przy mnie mądrzeje. Dowodem na to jest fakt, że zaczęły mu się wyżynać ósemki. Niestety łatwo w takich okolicznościach o stan zapalny, który również jemu przydarzył się w czasie tego wyjazdu. W związku z powyższym czwartego dnia postanowiliśmy zostać na miejscu i poszukać lekarza. Właściwie to zostaliśmy, bo ja nie czułam się na siłach dygać kilkunastu kilometrów, a i tak potrzebna była nam apteka. Tak czy inaczej wylądowaliśmy w przychodni. Tam przy okazji rejestracji napotkaliśmy Panie, które wyraźnie miały problemy zarówno z obsługą komputera jak i geografią ("Łódź? A jakie województwo? Lubuskie? Wiesia, gdzie ja to mam tu wpisać?"). Po tym jak wiekowy pan doktor uznał, że to sprawa dla dentysty wyruszyliśmy na poszukiwania gabinetu, który byłby czynny wcześniej niż od 14:00. Niestety pokręciliśmy tylko jak przysłowiowe gówno w przeręblu i wróciliśmy do przychodni. Pani stomatolog oczywiście nie przepisała antybiotyku, jak zrobił to natychmiast przyzwoity dentysta w Łodzi. W zamian za to zaleciła zakup Dentoseptu, który i tak już wcześniej nabyliśmy. W efekcie do powrotu Knyp wyżarł cały Ketonal, który ze sobą wzięłam na wypadek okresu. Tak oto zmarnowaliśmy kilka ładnych godzin, jednak parafrazując piosenkę zespołu Koli - czy wkurwiło nas to? Nie, w ogóle nas to nie wkurwiło. Wieczorny dwugodzinny spacer czerwonym szlakiem zrekompensował nudne przedpołudnie.

Dzień 5
15 km + poszukiwania nieistniejącego pola namiotowego.

Ktoś powinien kopnąć porządnie w dupę autora oznaczeń na mapie, którą się posługiwaliśmy (sygnowanej przez Wyborczą). Wyruszyliśmy z zamiarem zatrzymania się w Złożeńcu lub Smoleniu i ruszeniu stopem lub PKSem do Krakowa następnego dnia. Kiedy dotarliśmy do pierwszej miejscowości, po długim marszu pod górę szosą dowiedzieliśmy w sklepie, że mieszkańcy nigdy nie słyszeli, żeby w okolicy miało być jakieś pole namiotowe, a tym bardziej schronisko. Mocno zaniepokojeni bujną fantazją kartografa i nadciągającą burzą ruszyliśmy dalej. Pomimo zmęczenia coraz głośniejsze odgłosy grzmotów sprawiły, że przyjęliśmy naprawdę solidne tempo. Niestety pole biwakowe w Smoleniu okazało się kilkoma drewnianymi stolikami z daszkami. Ponieważ była sobota, o PKSie dokądkolwiek mogliśmy jedynie pomarzyć. Przy okazji rozpadało się mocno, więc chowając się na przystanku zaczęliśmy łapać stopa. Po pół godziny przechodzący mieszkaniec Smolenia skwitował nasze próby słowami: "pani, tu pani nikt nie stanie, tu same chuje jeżdżą" i się do nas przysiadł. Co prawda okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, jednak jeszcze dwóch jego kolegów zaczęłam mieć wątpliwości, czy widząc nas w tak licznym i (nie ukrywajmy) niezbyt trzeźwym towarzystwie ktokolwiek zaryzykuje i się zatrzyma. Na szczęście w końcu stanęła koło nas para, która również zwiedzała ruiny zamków. Nie podwieźli nas daleko, ale kolejną okazję złapaliśmy już zanim na dobre wyładowaliśmy się z ich samochodu. Potem zostaliśmy już odstawieni na przystanek, z którego co kilkanaście minut jeździły busy do Krakowa. Po solidnej i zasłużonej kolacji w moim ulubionym barze mlecznym na Grodzkiej udaliśmy się na nocleg, którego użyczyła nam niezwykle gościnna korespondencyjna przyjaciółka mojej stryjecznej siostry. O wspomnianej gościnności może świadczyć fakt, że w jednym pokoju spało nas łącznie 9 istot, z czego 4 pary: 2 lesbijki, 2 gejów i 2 pary hetero - my i koty.

Szóstego dnia zwiedziliśmy Muzem Narodowe, posiedzieliśmy na Plantach i wieczornym pociągiem grzecznie wróciliśmy do Łodzi. No, może nie do końca grzecznie...



a.

skomentuj (0)


17:10:57 2008-05-28

To mnie doprowadza do szału:

1. Piesi, którzy czekając na zmianę świateł na dużym skrzyżowaniu, przez które przejeżdża się ze znaczną prędkością, stają tak blisko jezdni, że im aż końce paluszków wystają za krawężnik.

2. Kierowcy, którzy nie wykazują najmniejszych objawów wdzięczności, kiedy przepuści ich się na drodze.

3. Kobiety, które raz na miesiąc korzystają z auta swojego męża, pielęgnując w ten sposób swój brak wyobraźni na drodze.

4. Gigantyczne firmy telekomunikacyjne, w których żeby coś załatwić telefonicznie trzeba porozmawiać z trzydziestoma konsultantami i każdemu z osobna tłumaczyć na czym polega problem i co już w tej sprawie zostało zrobione.

5. Niespodzianki, jakie co rusz serwują drogowcy mieszkańcom Łodzi, bo nigdy nie wiesz, która ulica została zamknięta, gdzie będzie teraz największy korek i czy jak wyjedziesz 30 minut przed czasem, to będziesz kwadrans za wcześnie, czy za późno.

6. Firmy obuwnicze, które zrobią wszystko, żeby tylko nie przyznać ci reklamacji.

7. Domokrążcy, którzy prezentują niesamowite oferty, o których na pewno jeszcze nie słyszałam i nie rozumieją, kiedy mówi się "dziękuję, nie jestem zainteresowany". Bo oni wiedzą lepiej, czego chcesz i co ci jest potrzebne. Jak dzwonią przynajmniej można się rozłączyć, a czasem ciężko takiego kretyna wypchnąć z mieszkania jak już raz przekroczy próg.

8. Reklamy, które wyglądają jak zachęta do wzięcia udziału w akcji społecznej, a w efekcie okazują się promować obrzydliwie bogatych producentów samochodów lub telefonie komórkowe.

9. Idiotyczne SMSy, które przysyłają nam nasi kochani operatorzy. Ten który dostał w rocznicę śmierci Jana Pawła II Knyp przebił wszystko: "Jeśli chcesz uczcić śmierć Wielkiego Polaka wyślij sms o treści "cośtam" na numer "jakiśtam" i zapal wirutalną świeczkę dla Jana Pawła II. Koszt smsa 2,44+VAT"

10. Łańcuszki e-mailowe, które (o zgrozo!) w dalszym ciągu ludzie rozsyłają, z cyklu "nasza 3-miesięczna córeczka walczy o życie, wyślij ten mail w niezmienionej formie (przy okazji rozpowszechnij pierdyliard adresów, które bardzo przydadzą się później do wysyłania reklam Viagry), a za każdy z nich sponsor zapłaci nam 2,43 grosza, w załączniku zdjęcie", bo jest to najobrzydliwsze i najplugawsze oszustwo, na jakie można sobie pozwolić.

11. Drukarka, która zaczyna szwankować akurat wtedy, kiedy za 5 minut mam wejść na antenę.

12. Kiedy przypadkiem zamykam okno, w którym właśnie kończyłam pisać posta.

Chyba zbliża mi się okres.

a.

skomentuj (2)


20:24:46 2008-05-14

Zaczynam upodabniać się do mojej mamy

Niestety nie fizycznie, ale mentalnie. Wychodzi ze mnie kura domowa.

Na długi weekend pojechaliśmy ze znajomymi opiekować się chałupą rodziców w Borach Tucholskich. Gotowałam obiadki dla 9 osób i odczuwałam wielką satysfakcję, że siedzę 2 godziny przy garach, a potem wszystkim smakuje. Któregoś wieczora nie mogłam usnąć wiedząc, że w domu jest rozpiździel, wstałam i wzięłam się za sprzątanie. Zaczęłam zalewać wodą naczynia po posiłku, żeby się nie przyklejały resztki. Przekonałam się do zmywania. Wysnułam nawet teorię, nad którą dyskutowaliśmy z Knypem chyba z pół godziny, że nie jest możliwe, żeby ktoś lepiej funkcjonował w chaosie niż we w miarę uporządkowanej przestrzeni, a jeśli tak twierdzi, to tylko usprawiedliwia swoje bałaganiarstwo. Przecież to słowa jakby wyjęte z ust mojej mamy.

Gdzie się podziała osoba, która wkłada naczynia do zmywarki, jak nie ma już na czym zjeść obiadu?

Jedno się nie zmieniło: tradycyjnie staram się zająć wszystkim, tylko nie tym, co najważniejsze - pisaniem pracy magisterskiej. Nie zrobiłam nic od lutego. Taaak wieeem, pracę magisterską można napisać w dwa tygodnie. Tylko jakoś nie chciałabym, żeby to były koniecznie ostatnie dwa tygodnie wakacji, a jak znam siebie, tak się to może skończyć. Na szybko, byle zdążyć w terminie. A przecież chciałam (i w dalszym ciągu chcę), żeby to była rzecz dopieszczona, coś, czym mogłabym się pochwalić. Coś, co moi znajomi chcieliby z zainteresowaniem przeczytać. "Zespoły folkowe jako przejaw inicjatyw artystycznych młodzieży nawiązujących do wielokulturowych tradycji folklorystycznych". Gdybym nie chciała pisać o czymś, co mnie interesuje, mogłabym wymyślić temat z bibliografią, którą ciężko byłoby zmieścić na rolce papieru toaletowego.

Do tego dochodzą nieustanne myśli o tym, co dalej, że trzeba by się usamodzielnić. Na pewno jakieś studia, na pewno zaoczne, ale nie do końca wiem jeszcze jakie. Dylematy, czy szukać przyszłościowego zawodu, czy załapać się do roboty, z której w każdej chwili można zrezygnować i w każdej chwili do niej wrócić, nie zakotwiczając się nigdzie, raz do roku jechać za granicę zarobić na grubsze potrzeby, coś zobaczyć, poznać nowych ludzi. Jak Knyp. W tym roku do Szkocji. Wcześniej do Stanów.

Nota bene zastanawiam się, jaka będzie ta nasza rozłąka. Po 11 miesiącach uzależniliśmy się trochę od siebie. Przyda nam się trochę dystansu.
Dobrze nam jest ze sobą jak cholera. Mam wrażenie, że z każdym dniem coraz lepiej.

Acha, zaraz po tym jak wyjechaliśmy z Borów rodzice musieli uśpić jedną z naszych suń. Były dwie, teraz jest już tylko jedna. Ta z miasta, ze schroniska. Wsiowa znajda miała niewydolnośc nerek. W środę, przed naszym wyjazdem zaczęła się dziwnie zachowywać, wieczorem nie chciała już jeść. W czwartek dostała antybiotyk. W piątek leżała napuchnięta pod kroplówką. W sobotę mama zadzwoniła, że musieli uśpić. Nie wiedziałam, że pustkę po zwierzętach odczuwa się tak samo.

Dość. Idę się zrelaksować. W kuchni.

a.

skomentuj (0)


13:03:38 2008-03-21

Do Tele2

Łódź, dn. 17.03.2008r.

Szanowni Państwo, 

Piszę, aby zgłosić zażalenie dotyczące Państwa usług. Mam na myśli konkretnie internet, który powinien funkcjonować w moim mieszkaniu od ponad dwóch tygodni. Jestem zażenowana sposobem, w jaki jestem traktowana jako Państwa klientka.

Instalację otrzymanego od Państwa modemu rozpoczęłam dwa tygodnie temu, dokładnie w poniedziałek 3.03.2008r. Podczas instalacji pojawił się pierwszy problem, dotyczący połączenia DSL. Po konsultacji z Biurem Obsługi Klienta uzbroiłam się w cierpliwość. Pierwszy problem został rozwiązany rano następnego dnia, czyli 4.03.2008r. Przystąpiłam do instalacji oprogramowania wg wysłanej mi instrukcji. Tu również napotkałam trudności. Po pierwszej próbie kontaktu z Biurem Obsługi Klienta dowiedziałam się od Państwa konsultantki, że jeśli połączenie przez kabel USB nie działa, to z pewnością problem leży w oprogramowaniu mojego komputera i muszę pomocy poszukać gdzie indziej. Zadzwoniłam ponownie i inna konsultantka zaproponowała mi kolejną próbę połączenia przez kabel Ethernet oraz krok po kroku przeprowadziła mnie przez instalację, której szczegółów  jednak na próżno można szukać w przygotowanej przez Państwa instrukcji. W finale jednak wystąpił błąd oznaczony numerem 678, którego rozwiązanie miało zostać powierzone technikom, a na efekty ich działań miałam czekać najwyżej 3 dni.

Po 3 dniach doszłam do wniosku, że może ktoś po prostu zapomniał się ze mną skontaktować, więc sama zadzwoniłam do Biura Obsługi Klienta. Dowiedziałam się, że na pewno ktoś do mnie zadzwoni tego dnia (7.03.2008r.) lub w ostateczności dnia następnego do godziny 14:00. Nie  jestem pewna, czy przypominałam się zaraz po określonym przez konsultanta terminie, czy dopiero w poniedziałek (10.03.2008r.). Dowiedziałam się w każdym razie, że moje zgłoszenia pozostają dalej nierozpatrzone i mogę jedynie czekać. Po moim pytaniu o możliwość kontaktu ze zwierzchnikiem niezmiernie zapracowanych najwyraźniej techników dostałam adres, na który, być może niestety, dopiero teraz wysyłam poniższy list. Uzbroiłam się na kolejny tydzień w cierpliwość.

Podczas pierwszego dzisiaj (17.03.2008r.) połączenia z Biurem Obsługi Klienta konsultant poprosił mnie o weryfikację danych, po czym zawiesił rozmowę na tyle długo, że prawdopodobnie połączenie zostało automatycznie przerwane. Przy kolejnym połączeniu drugi łaskawie poradził mi dalsze czekanie i był niezmiernie zdziwiony, że nikt dotąd się jeszcze ze mną nie skontaktował.

Jestem zażenowana jakością świadczonych przez państwa usług, ignorancją części konsultantów telefonicznych oraz brakiem kontroli nad działaniami techników. Polecam prześledzenie historii mojego przypadku oraz nagrań rozmów telefonicznych z Biurem Osługi Klienta, wykonywanych w przeciągu ostatnich dwóch tygodni, abyście mogli Państwo dojść, kto jest odpowiedzialny za tę absurdalną sytuację oraz wyciągnąć należyte konsekwencje. Żądam także umorzenia mi opłaty za pierwszy miesiąc korzystania z internetu, jako że z Państwa winy nie mam możliwości z niego korzystać.

Z poważaniem,



a.

skomentuj (0)


14:22:10 2008-02-25

Uwaga - będzie ckliwie

Wczoraj mnie olśniło. To, że blog w ostatnim czasie ogarnął zastój i gdyby nie był bytem wirtualnym obrósłby już pewnie mchem, stało się faktem. Tylko dlaczego właściwie odstawiłam pisanie?

Odpowiedź jest jedna. Gdybym miała zamieszczać tu posty pisane z potrzeby serca, to przeciętny czytelnik byłby narażony na atak mdłości. Jedyne co mi ostatnio chodzi po głowie to to, jak bardzo mi jest dobrze i jak fajnie rozwija się związek z Knypem. Przyjaciele już mają mnie dosyć, a sformułowanie "tak, wiem, jesteś zakochana i jest ci cudownie" słyszę nader często. W końcu może napiszę to, co mi chodzi po głowie raz i wszyscy będziemy mieli to za sobą.

Minęło 4 i pół roku odkąd się spotkaliśmy. 13 miesięcy odkąd zaczęliśmy się poznawać. 8 miesięcy i 9 dni od momentu, kiedy zupełnie niespodziewanie okazało się, że mamy na siebie ochotę i w łóżku dogadujemy się świetnie. Około 7 miesięcy, odkąd zaczęliśmy się prowadzać bardziej oficjalnie. Jakieś 3 miesiące, odkąd poziom naszego zaangażowania się wyrównał (wcześniej byłam o krok do przodu). 37 godzin od stwierdzenia, że nigdy jeszcze nie byliśmy tak szczęśliwi.

I faktycznie - nigdy wcześniej tak się nie czułam. Pierwszy raz w życiu jestem w do bólu normalnym związku, dokładnie takim, jaki sobie jakiś czas temu wymarzyłam. Niczego nie brakuje, niczego nie ma w nadmiarze, nikt nie oczekuje więcej, nikt nie daje z siebie mniej. Dajemy sobie oddech, przestrzeń, jednocześnie jesteśmy w ciągłym kontakcie. Nie odcięliśmy się od znajomych, imprez, normalnego życia. Nie przesłaniamy sobie obowiązków i wytyczonych celów, wręcz motywujemy się wzajemnie. Nie uwieszamy się na sobie, nie prowadzimy między sobą zawoalowanej gry. Przez cały ten czas ani razu się nie pokłóciliśmy. Docieramy się praktycznie bezboleśnie. Rozmawiamy, bardzo dużo rozmawiamy. Rozwijamy się. Kochamy.

Uff... To tyle. Wszystko co powyżej mogłabym jeszcze 1000 razy parafrazować i uzupełniać.
Tak jak wtedy, gdy po każdym orgazmie szukamy nowych słów, żeby opisać to, co do siebie czujemy.

Dam znać jak się coś zmieni. Mam nadzieję, że nieprędko. Tymczasem postaram się wrócić do regularnych zapisów obserwacji rzeczywistości.


a.

skomentuj (0)


22:03:34 2008-01-22

Mój ojciec ma poczucie humoru!

- Acha, tato, żebyś później nie marudził, że o niczym nie wiesz: wyjeżdżamy z P. w Góry Świętokrzyskie.
- Na jak długo?
- Na 3 dni.
- Córeczko, spójrz za okno.
- [???] No patrzę.
- Widzisz niebo?
- [???!!!] No widzę.
- To się dobrze napatrz, bo przez 3 dni będziesz tylko sufit oglądać.

a.

skomentuj (2)


20:57:36 2007-07-28

"Poszedłem do sklepu po mleko - nie było. Czy wkurwiło mnie to? Nie, w ogóle mnie to nie wkurwiło"

Kilka luźnych wniosków po wypadzie nad morze z Lożą Zjebów.

- 1 -
Sopot to faktycznie lanserka i dzikie tłumy odpicowanego towarzystwa obojga płci. Jedyną dobrą stroną tego miasta jest duża ilość imprezowni. Chociaż nie zawsze się da. Na przykład pierwszy raz w życiu zetknęłam się z DJem, który dobre kawałki miksuje co 45 sekund przy czym nie zachowuje żadnej konsekwencji jeśli chodzi o rytm. Przez pół wieczoru zastanawiałam się, czy wolałabym gnoja zastrzelić, utopić, czy wysłać na wczasy do Iraku. Ale warto połazić i poszukać, każdy znajdzie coś dla siebie.

- 2 -
A propos znajdowania czegoś dla siebie, to Przyszły Ojciec Moich Dzieci wyrwał, a jakże, nawet dwóch panów. Jednakowoż tylko jeden z nich zasłużył na miano Ósmego Pasażera Nostromo, gdyż okazał się doskonałym uzupełnieniem ekipy. W efekcie zastanawiam się, czy pozostali nie będą bardziej nakręcać jego przyjazdu do Łodzi, niż teoretycznie główny zainteresowany. Dodatkowo jako student architektury okazał się idealnym przewodnikiem po gdańskiej starówce.

- 3 -
No właśnie, Gdańsk. Fantastyczne, urzekające miasto. Polecam każdemu z całego serca.

- 4 -
Wyjazd w takim, a nie innym składzie okazał się doskonałym wyborem. Oczywiście bez minimalnych kwasów nie mogło się obyć, jakkolwiek ich tło było zupełnie inne niż mogłam przypuszczać. Spodziewałam się, że przy trzech babskich, silnych i dominujących osobowościach zaistnieją przynajmniej 3 sytuacje zapalne, jednak poza zwykłym porannym marudzeniem nic takiego nie miało miejsca.
Okazało się za to, że jednej z osób chyba za mocno padła na mózg praca pedagoga lub też w ogóle stała praca, bo wyszło na to, że jej tryb funkcjonowania nijak się nie ma do naszego i chociaż przyjechaliśmy teoretycznie po to, żeby dobrze się RAZEM bawić, to nie podjęła najmniejszych prób, żeby chociaż raz zmniejszyć dystans między nami - zjebami właściwymi a nią i jej ukochanym. Nota bene ukochany pewnie chętnie by z nami zaimprezował, ale ciśnienie pantofla, a właściwie japonka, pod którym się znalazł, okazało się zbyt silne. Chyba nie o to chodzi, ale trudno. Ich sprawa i ich strata. Mam nadzieję, że ja nigdy nie będę się tak zachowywać w związku.

- 5 -
No właśnie. Co do moich związków to z Knypem chyba wszystko jednak idzie ku dobremu. Miałam pewne wątpliwości, czy to, że na wyjeździe zaczęliśmy funkcjonować jako para, przełoży się na szersze środowisko po powrocie, jednak wczorajsze wyjście na miasto udowodniło, że chyba jednak nie mam powodu do zmartwień.
Cóż mogę napisać poza tym - dobrze mi. Bardzo dobrze.

- 6 -
Na koniec motyw przewodni wyjazdu: tutaj.
Pokrótce wypad mogę określić dwoma słowami: wyjebka wyjebek.

a.

skomentuj (2)


Sznurki - czyli moje ulubione oka w sieci:

Poker Night - kompleksowe studium psychiki mężczyzn w średnim wieku ;)
Jeż Jerzy - poznajcie Jeża Jerzego - (nie)przeciętnego polskiego obywatela
Kuśka Brothers - "grupa jest dramatycznym kwintetem liryczno anarchitycznym, grającym dynamiczne i odważne fussion punk rocka i disco polo z elementami jazdy figurowej na lodzie"
Moja (znaczy autora) Irlandia - bodaj największe aktualnie polskojęzyczne źródło wiedzy o Irlandii i kulturze celtyckiej w sieci
Szanty.art.pl - podręcznik żeglarza i raczkującego szantymena (warta obejrzenia chociażby ze względu na śpiewnik ze 130 zwrotkami "Morskich Opowieści":))
Folkowa - i jeszcze coś dla tych, co folku łakną i pragną...
FotoTok - masa naprawdę rewelacyjnych zdjęć
Ziemia z nieba - portret planety u progu XXI wieku
html.blog.pl - a myślałam, że nikt nie myśli o nas, biednych początkujących robaczkach...
FKC w Dowspudzie - tam można mnie zwykle spotkać





Wystarczy kliknąć...

Pajacyk
Polskie serce

Poprzyj projekt Ustawy o Rejestrowanych Związkach Partnerskich





Osobowości nieprzeciętne:

One:
Matka - spojrzenie na rzeczywistość z Beksińskim w tle
Arven - faktycznie liczne podobieństwa
Sistermoon - wiatr z Irlandii
Beidewind - ostry kurs, znacznie łagodniejsza osoba
Żurek - bez mięsa
Indi - poetycko

Oni:
Auris Externa - osobowość wysoce muzyczna
Rumburak - niepoprawnie zielony
Heliopolis - miasto Imperatora
Mały Dzielny Toster - muzyka, kino, Warszawa i autobusy
Chłopiec z plasteliny - pije koktail ze snów
gROszeCK - coś nas chyba łączy...
Wilk Stepowy - wyje do księżyca bardzo ludzkim głosem
Ego_pl - wiele ciepłych wspomnień
Lodzperson - wspólna przestrzeń
Raspberry swirl - dwie połówki maliny
M.E.N - mąż (nie mój) i ojciec (nie mój)
Pstryk - świat w obiektywie telefonu Nokia
Pamiętnik zmarłego - po prostu
Trzask Prask - lubi swoje miasto i gotuje też

I jeszcze:
PVEK - ladies and gentelman: Marcus G. Pigeonhed vs. Maxymilian 'Evil' Kat!
Hanna Gucwińska - ZOObacz panią Hanię
Cycaty - złote myśli, cycaty i inne mądrości ludowe...
Bloga kuchnia - ślinka cieknie
Gadu-Gadu - rozmówki polsko-polskie
Rroarr - ósmego marca weź od tyłu starca




U nich też ostatnio bywam:

Onanista
Lunet
Sto procent
JMK
Talerzyk
Echo
Fest Noz
Agent Orange
Music Boy





Dreszcze na plecach:


Björk

Bono

Grażyna Auguścik

Grzegorz Turnau

Janis Joplin

Maynard James Keenan


Sting

Tori Amos

Tracy Chapman

Wanda Laddy